Jednym z zawodników, którzy mieli największy wpływ na zdobycie przez rugbistów Blachy Pruszyński Budowlani tytułu mistrza Polski, był bez wątpienia kapitan zespołu trenera Mirosława Żórawskiego, łącznik młyna Maciej Pabjańczyk.
Doświadczony zawodnik postanowił zakończyć karierę. Niewielu spodziewało się takiej decyzji kapitana, ale on sam zapewnia, iż zdania nie zmieni i jest ona nieodwołalna.
Nie wierzę, że łezka się Panu w oku nie zakręci...
Maciej Pabjańczyk: Nikogo nie zamierzam przekonywać, iż tak nie będzie. Mało tego, chcę w miarę możliwości wpadaćna mecze przy ul. Górniczej. Ale grać już nie będę.
Nie zanudzi się Pan na śmierć?
- Nie będę miał na to czasu. Cały czas pracuję przecież w firmie SNS Trading, której szefowie także wspierają łódzkie rugby. Poza tym moja żona, Kasia, spodziewa się dziecka, więc już jesienią będziemy się nim wspólnie cieszyć.
Jak to się stało, że zainteresował się Pan akurat tą dyscypliną. Akurat w Polsce nie jest ona najpopularniejsza...
- Na szczęście powoli się to zmienia. Choć w Ozorkowie, skąd pochodzę, na topie były siatkówka oraz piłka nożna. By zostać siatkarzem nie miałem zbyt imponujących warunków fizycznych, a pozycji libero wówczas nie było. Byłem na kilku obozach futbolowych z Bzurą, ale nic z tego nie wyszło. W mojej szkole podstawowej pracował pan Bogdan Lewandowski i to właśnie on zaraził mnie pasją do "jaja". Na początku przyjeżdżaliśmy do Łodzi liczną grupą, ale później zostałem ja i Krzysiek Hotowski. Śmiejemy się czasem iż zostali najtwardsi. Pracowałem później pod okiem takich fachowców jak Zbigniew Jurzysta, Marek Maciejewski, Marian Kolasa, Mirosław Szczepański, Krzysztof Serafin, Ryszard Wiejski no i Mirek Żórawski. Miałem się więc od kogo uczyć.
Mógł Pan zdziałać jeszcze więcej?
- W naszych realiach to niemożliwe. W lidze osiągnąłem właściwie wszystko, a z reprezentacją wyżej pewnego poziomu nie podskoczymy.
Na koniec pragnę podziękować kibicce, która po półfinałowym meczu z Orkanem podarowała mi czterolistną koniczynkę.
autor: (bart)





